Mistrzostwa ŚwiataPiłka nożna

Mundial, dzień 3 (podsumowanie)

23 listopada, 2022

Ogromna sensacja Arabii Saudyjskiej, nawet jedna z największych w historii, dwa remisy po 0:0 (jeden bezbarwny, drugi trochę mniej) i na koniec popis pewnej siebie reprezentacji Francji, która spokojnie odrobiła straty z Australią. To bilans trzeciego dnia mundialu.

Argentyna – Arabia Saudyjska 1:2
Trzeba się ukłonić Herve Renardowi za wykonaną robotę. Nie szalał przy linii. Był oazą spokoju. Obserwował to, co przygotował na to spotkanie. Miał pomysł i przede wszystkim zbudował u swoich piłkarzy pewność siebie i brak respektu do wielkiego rywala. Saudyjczycy zagrali tak, jakby to był ich ostatni mecz w życiu. Ambitnie, z asekuracją kolegi, na dupach. Nie ograniczali się do „pałowania”, ale po przejęciu piłki byli chętni do rozgrywania, próbowali nawet klepać.

Argentyna mogła siać lęk i podziw. Była niepokonana od 36 meczów. Musiała nie przegrać z Arabią Saudyjską i potem z Meksykiem, by pobić Włochów Roberto Manciniego i zostać samodzielnym rekordzistą. Wszystko jak krew w piach, trzeba liczyć od nowa, bo stała się sensacja, o jakiej nikt nawet nie śnił. A zaczęło się obiecująco. Messi postraszył przeciwników już w 2. minucie groźnym strzałem, ale na posterunku był Mohammed Al Owais. Kilka minut później podyktowany został dla Argentyńczyków rzut karny. Saud Abdulhamid trzymał Paredesa, nie był ani trochę zainteresowany piłką. Jest zalecenie, by bardziej skrupulatnie oceniać taką szarpaninę w polu karnym, dlatego sędzia Vincić obejrzał to na monitorku i wskazał na wapno. Messi zmylił bramkarza i wtedy wydawało się, że worek z bramkami jest rozwiązany. Argentyna strzeliła jeszcze trzy gole po ofsajdach. Jeden u Lautaro Martineza był minimalny, wystawała tylko część barku. Wychwyciła to technologia. 2:0, 3:0… było to tylko kwestią czasu.

Arabowie jednak konsekwentnie grali odważnie wysoką obroną. Kiedy powinni po takim karnym zwiesić głowy, to oni tak naprawdę tylko się pobudzili. Zaczęli grać odważniej, nie mieli nic do stracenia. Umiejętnościami byli o 100 klas gorsi, ale nadrabiali pomysłem i zaangażowaniem. Sensacyjnie strzelili dwa gole w pięć minut, a później trochę się wycofali i szczelnie bronili. Argentyńczycy nie potrafili niczego wykreować. Jeszcze w końcówce doszło do bardzo niebezpiecznej sytuacji, bo golkiper Arabii znokautował kolegę z zespołu – Yassera Al Shahraniego. Przy wyjściu z bramki uderzył go kolanem, aż tamten stracił przytomność. W pierwszej połowie Saudyjczycy stracili także z przez uraz kapitana i największą gwiazdę zespołu – Salmana Al Faraja. To też ich nie podłamało. Opaskę przejął Al Dawsari i to on strzałem w okienko dał sensacyjną wygraną swojemu krajowi.

TOP – Mohammed Al Owais. Bramkarz Arabii Saudyjskiej i rodzimego Al-Hilal wprowadzał do drużyny spokój. Obronił w sumie pięć strzałów, ale nie tylko. Dobrze wyłapywał dośrodkowania Argentyńczyków, wprowadzał pewność u defensywy w swojej drużynie. Grał na wielkiej euforii. Mógł się posypać, gdy znokautował kolegę z obrony i ten stracił przytomność, jednak do końca pozostał czujny.

FLOP – Cristian Romero. Przy golu Arabii na 1:1 zakręcił się, jak słoik. Źle ustawiony, obrócił się dookoła i nie nadążył za Al Shehrim. To była ich  pierwsza groźna akcja i od razu padł gol. Romero się zdrzemnął. W 59. minucie zjechał do bazy i zastąpił go Lisandro Martinez.

Dania – Tunezja 0:0
To było 0:0, ale przynajmniej takie względnie fajne do oglądania, bo Tunezyjczycy nie pękali, tylko starali się odgryzać i także mieli groźne okazje. Widzieli, co też takiego zrobiła Arabia i mogło ich to dodatkowo nakręcić. Ich pomysłem nie było tylko przeszkadzanie. Sami oddali w sumie 11 strzałów (jeden celny). Jedyny celny to akcja sam na sam Jebaliego, która poszła dalej, bo Schmeichel ją obronił, a VAR czegoś takiego cofnąć nie może. Gdyby zawodnik Tunezji strzelił gola, to wówczas zostałby odgwizdany ofsajd. Więc to tak, jakby tego celnego uderzenia w ogóle nie było.

Tunezyjczycy konkretnie zaskoczyli Duńczyków swoją postawą. Już w pierwszej defensywnej akcji Aissa Laidouni z Ferencvarosu skasował Eriksena i zaczął się cieszyć, jakby zdobył bramkę. Pobudził tym tunezyjskich kibiców. To pokazało, jak będzie w ten dzień grała ta reprezentacja – z serduchem i pasją. Jedni i drudzy mieli groźne okazje – coś tam w tym spotkaniu się działo. Najgroźniejszą miał Andreas Cornelius w drugiej połowie, który z metra trafił… w słupek. No i Eriksen oddał też niezły strzał zza szesnastki, ale paradą popisał się Aymen Dahmen. W końcówce odbił też strzał a’la spadający liść Lindstroema. Króciutko – Duńczycy po prostu rozczarowali, nie pokazali nic nadzwyczajnego, a i byli jacyś wyjątkowo łatwi do ukąszenia. Dosyć wyrównane spotkanie z malutkim wskazaniem na Danię, ale nie takim, by powiedzieć, że mieli pecha czy coś.

TOP – Ali Abdi. Trudno po takim meczu kogoś wyróżnić, ale w reprezentacji Tunezji był taki lewy wahadłowy, który nie bał się wchodzić w pojedynki, w sumie miał aż siedem udanych (tzw. tackle), nie pękał na swojej stronie i wszystko tam kasował. On też otrzymał notę meczu od whoscored. Grał dynamicznie i z dużą ochotą. Skov Olsen został przez niego totalnie schowany do kieszeni.

FLOP – Andreas Cornelius. Jak można nie strzelić gola z metra czy tam pół metra? Cornelius jakoś dziwnie złożył się do strzału. Wystarczyło to wepchnąć do siatki czymkolwiek. On nie do końca wiedział, co chce zrobić, pochylił głowę do uderzenia szczupakiem. Niby trochę sytuacyjne zgranie, ale należało to zrobić lepiej. To była najgroźniejsza okazja Danii.

Meksyk – Polska 0:0
Najgorsze spotkanie tego dnia i kandydat do najgorszego meczu fazy grupowej. Pojedynek cieniasów ze słabiakami. Czesław Michniewicz bardzo dobrze ustawił drużynę defensywnie, Kamil Glik wyglądał na profesora. Ale za to z przodu wyglądało to dramatycznie. Dobrze, że jeden z obrońców Meksyku zlitował się nad ludźmi, którzy to oglądali i zadbał o jakiekolwiek emocje, faulując Lewandowskiego. Chociaż dzięki temu coś się w tym spotkaniu zadziało. Mecz zostanie zapamiętany niestety ze zmarnowanej przez Lewego jedenastki. Gdybyśmy nie byli Polakami, to nic nie trzymałoby nas przed telewizorem, żeby oglądać ten arcypaździerz. Temu wybitnemu szachowemu pojedynkowi poświęcony został osobny artykuł i odsyłamy do niego.

TOP – Guillermo Ochoa
FLOP – Piotr Zieliński

Więcej o naszym meczu – tutaj (LINK)

Francja – Australia 4:1
Po 13 minutach Francuzi stracili bramkę na 0:1 i Lucasa Hernandeza. Ani to pierwsze, ani to drugie nie zrobiło na nich dużego wrażenia. Za Lucasa wszedł jego brat Theo i to on zaliczył asystę przy trafieniu Rabiota na 1:1. Olivier Giroud wyrównał rekord Thierry’ego Henry’ego i ma już na koncie 51 bramek w reprezentacji. Jeszcze jedna i będzie samodzielnym liderem! Jeszcze w pierwszej połowie Australijczycy próbowali się odgryzać. Oprócz gola Goodwina mieli jeszcze uderzenie w słupek i groźny strzał z dystansu.

Francja w drugiej połowie złapała pełen luz. Z perspektywy Socceroos wyglądało to dramatycznie. Nie byli w stanie nic zrobić. Nie mieli ani jednej minimalnej okazji, a na bramkę Mata Ryana co rusz pędził Mbappe, Dembele czy inny Griezman. Trójkolorowi zmietli w drugiej połówce rywali z powierzchni ziemi. Jedną czy drugą interwencją popisał się Ryan, ale nie uchronił swoich kolegów przed wysoką porażką. Mbappe także ma już w pierwszym meczu swoje trafienie, choć w pierwszej połowie fatalnie spudłował. W drugiej nastąpiła jego rehabilitacja, choć zrobił to nietypowo – po uderzeniu głową.

TOP – Olivier Giroud. Mógłby tu być też Adrien Rabiot, bo to on rozpoczął odrabianie strat. Kluczowy odbiór i późniejsza asysta przy golu na 2:1 to też Adrien Rabiot. Jednak wyróżnienie należy się za dublecik i wyrównanie rekordu strzeleckiego Henry’ego. A mógł jeszcze wsadzić jedną z przewroty! Francuzom wypadł Benzema, wypadł Nkunku, ale od czego jest niezawodny Olivier Giroud?

FLOP – Nathaniel Atkinson. Francuzi pewnie i tak prędzej czy później osiągnęliby swoje, ale po co im pomagać? Atkinson popisał się takim drewnianym przyjęciem, jakby miał nogi Pinokia. Australijczycy chcieli wyprowadzić atak pozycyjny, a podarowali bramkę Francuzom. No i Mbappe wjeżdżał jego stroną jak do garażu. Między innymi tak zrobił gola na 4:1.