Mistrzostwa ŚwiataPiłka nożna

Mundial, dzień 2 (podsumowanie)

21 listopada, 2022

Anglicy przejechali się po reprezentacji Iranu, demolując ich aż 6:2. To był najbardziej jednostronny pojedynek drugiego dnia mundialu. Zabójczy byli Holendrzy, którzy w 84. minucie oddali pierwszy celny i od razu skuteczny strzał, natomiast w meczu USA – Walia padł remis 1:1 i nie wyjaśniło się, kto jest faworytem do drugiego miejsca za plecami Anglików.

Anglia 6:2 Iran
To mecz, po którym przeciętnego kibica na świecie naszła refleksja – skoro musimy oglądać takich kasztaniaków, jak Iran, to jak to będzie, gdy na mundialu pojawi się jeszcze 16 zespołów? Iran wyglądał na tle Anglików, jak chłopaki, którzy przyszli sobie pokopać na orliku. Cztery lata temu Alireza Beiranvand był bohaterem nagłówków, kiedy obronił rzut karny wykonywany przez Cristiano Ronaldo. Wówczas Iran grał z charakterem. O bramkarzu mówiło się w kontekście niesamowitej życiowej historii. Ojciec zabronił mu gry w piłkę, rozdzierał stroje bramkarskie i rękawice, ale młody postawił na swoim i uciekł z domu. Kiedy to zrobił, to został bezdomnym, podejmował się różnych prac, między innymi w myjni samochodowej, pizzerii, przy sprzątaniu ulic, czy w pracowni krawieckiej, żeby mieć z czego żyć. Jednocześnie trenował piłkę nożną, by w końcu dostać się do kadry U-23. Tym razem historia jego występów nie była już tak piękna, bo skończyła się w pierwszej połowie. Najpierw zderzył się głowami ze swoim obrońcą, pojawiła się krew, długo był opatrywany i nawet wrócił do gry, ale ostatecznie opuścił boisko na noszach. Przez to pierwsza połowa została przedłużona o aż 14 minut.

I już po niej wszystko było jasne, bo Anglicy prowadzili 3:0. Jude Bellingham z główki, Bukayo Saka z woleja i Raheem Sterling po dograniu Kane’a z prawej strony. I finito. Widać było różnicę fizyczną. Harry Kane potrafił się zastawić i spokojnie rozgrywać piłkę do boków. Tak właśnie padł gol na 3:0. To był dobry mecz, żeby morale podbudowali sobie krytykowani zawodnicy – Harry Maguire, Marcus Rashford (za nieskuteczność), Raheem Sterling, czy przede wszystkim Jack Grealish, który wszedł z ławki w drugiej połowie i zdobył bramkę numer sześć. Zaczął po golu specyficznie tańczyć, bo wcześniej choremu na porażenie mózgowe 11-letniemu Finlayowi obiecał, że tak będzie celebrował trafienie. Warty odnotowania wynik, który nie zdarza się często w takich imprezach, pierwsze w historii pięć zmian jednej drużyny oraz najdłuższy w historii mecz na mundialu, jeśli mowa o podstawowym czasie gry. 15 doliczonych w pierwszej, a w drugiej wszystko przedłużyła sytuacja z karnym i korzystanie z VAR-u i też trwała 14 minut dłużej.

Generalnie jednak było to starcie gołej dupy z batem. Mehdi Taremi z FC Porto trochę uratował honor. Obrońcy Iranu często szli na raz, gole Rashforda czy Saki wyglądały, jakby były dla nich najłatwiejszą robotą na świecie, bo nikt nawet nie wsadził nogi, żeby przeszkodzić. Być może podstawowy bramkarz obroniłby coś więcej, ale Iran i tak nie uniknąłby blamażu. Tyle goli, a biedny Harry Kane nie poprawił dorobku sześciu bramek na mundialach i nie zbliżył się do Gary’ego Linekera (10 trafień).

TOP – Jude Bellingham.  Jeśli ktoś napędzał akcję ofensywną, to można było w ciemno stawiać, że jest to pomocnik z numerem 22 na koszulce. Przedzierał się w środku pola, skutecznie podholowywał piłkę, zdobywał teren. Statystyki w pełni nie oddają jego wpływu na grę Anglików, ale miał on 92/95 dokładnych podań – 97%! Aż 13 celnych podań to te w ostatnią tercję boiska, czyli tej, gdzie jest najwięcej rywali. Prawie wszystkie jego długie podania docierały do celu, wygrywał większość bezpośrednich pojedynków. Zdobył bramkę na 1:0 i napędził tę, którą zdobył Jack Grealish.

FLOP – cała obrona Iranu. No nie da się inaczej. Jeden badziewiak gonił drugiego badziewiaka. Bukayo Saka przedzierał się z łatwością prawą stroną, nawet będący w żałosnej formie Raheem Sterling wyglądał przy tej obronie na świetnego piłkarza. Z której strony nie szedł atak, to miał on wielkie szanse powodzenia. Dwa gole Anglików – Saki i Rashforda, to robienie obrońców na raz…

Senegal 0:2 Holandia
To akurat spotkanie, w którym Holandia bardzo długo była bezradna. Para stoperów, czyli Kalidou Koulibaly i Pape Cisse z Olympiakosu czyścili wszyściutko. W całym spotkaniu obydwaj mieli 14 wybić – tyle, co cała Holandia razem wzięta. Królowali w powietrzu. Na środku defensywy stworzyli szczelną i zwartą formację, gdzie nie sposób było się przedrzeć. Oranje aż do 84. minuty nie oddali ani jednego celnego strzału na bramkę Edouarda Mendy’ego. Jeśli zagrażali, to po stałych fragmentach gry – na przykład rzutach rożnych. W taki sposób dwa razy do strzału doszedł van Dijk. To Senegalczycy byli groźniejsi po przejęciu piłki.

Kilka razy interweniować musiał Andries Noppert z Heerenven, a więc teoretycznie zdecydowanie najsłabszy punkt w składzie Holandii. Zdecydowanie dał radę. W drugiej połowie próbował go pokonać Boulaye Dia, a później dużo groźniejszą okazję miał Gana Gueye, ale golkiper był akurat dobrze ustawiony. Holandia wygrała 2:0, choć z całą pewnością nie było to spotkanie na taki wynik. W końcówce podwyższył Davy Klaassen, nie była to akcja najwyższych lotów, bo Janssen wygrał główkę, zgrał piłkę akurat tak, że doszedł do niej Depay. Zawodnik Barcelony uderzył piłkę w kierunku dalszego słupka, ale Mendy odbił ją do boku. Tam nadbiegł Klaassen i w 99. minucie zamknął wynik. Teraz bramki będą padały w takim czasie. Trzeba się przyzwyczaić, że sędziowie doliczają już nie trzy lub cztery minuty, ale osiem lub dziewięć.

TOP – Frenkie de Jong. Posłał wrzutkę w tak zwaną martwą strefę – nie do wyczyszczenia przez obrońców i trudną dla bramkarza, a tam idealnym timingiem popisał się Gakpo i uprzedził Mendy’ego. Oprócz tego dyrygował całą grą. Owszem, miał kilka strat, raz „zapalił” w swoim polu karnym, ale też w pierwszej minucie uratował skórę byłemu koledze z Ajaxu – de Ligtowi, kiedy wrócił po jego stracie piłki. Często był w miejscu, gdzie być powinien. Wygrywał większość pojedynków z rywalami, posłał dwa kluczowe podania. To jego błysk geniuszu przełamał szczelną defensywę Senegalu. Niepotrzebnie tylko zakiwał się w pierwszej połowie, bo powinien wcześniej uderzać i mogło być 1:0 dla Holandii już wtedy.

FLOPMatthijs de Ligt. Można było tu wstawić Mendy’ego, który spóźnił się przy golu numer jeden, ale wybrałem Matthijsa de Ligta, który był zdecydowanie najsłabszym punktem defensywy Oranje, mimo czystego konta. Wiecznie spóźniony, rozkojarzony, niepewny. Nic dziwnego, że skończył spotkanie z żółtą kartką. To jego stroną przeciwnicy przedzierali się częściej. Van Dijk i Ake wyglądali przy nim jak profesorowie, a on był niepasującym elementem. De Vrij z Interu płakał na ławce, widząc występ młodszego kolegi.

USA – Walia 1:1
Kolejne spotkanie, które nie obrodziło w szanse. Amerykanie oddali zaledwie jeden celny strzał, natomiast Walijczycy trzy – z czego jeden z karnego. Pokazali dwie twarze – w pierwszej połowie byli schowani, nie potrafili nic zrobić. Kiedy jednak zaczął się im palić tyłek, to wówczas oni starali się przejmować inicjatywę i dominować. W pierwszej połówce Amerykanie wyglądali jak drużyna, która będzie kontrolowała spokojnie ten mecz. Gol na 1:0 to zresztą bardzo ładna i efektowna akcja – główka Pulisicia, główka Musaha w środku boiska, po piłkę wrócił się Josh Sargent i zgrał ją akurat pod nogi Pulisicia, który ruszył środkiem, minął jednego zawodnika i zobaczył, że z prawego skrzydła do środka zbiega Timothy Weah. Zagrał mu idealną prostopadłą piłkę, a ten pokonał Wayne’a Hennesseya. Całość wyglądała bardzo efektownie i dynamicznie. Fajna, zespołowa akcja, gdzie to Amerykanie byli w każdym momencie jej budowania odrobinę szybsi od rywali. Świetnie pressowali i zasłużenie prowadzili do przerwy.

Tyle, że potem walijski smok się przebudził. Para stoperów – Tim Ream oraz Walker Zimmermann raczej nie należy do tych z kategorii muru nie do złamania. 29-latek z Nashville FC bezmyślnie sfaulował Garetha Bale’a, a ten w 82. minucie wykorzystał rzut karny i zdobył swoją bramkę w kadrze numer 41. To dla Walijczyków dopiero drugi mundial w historii, wcześniej grali w 1958 roku. Bale ma więc na koncie nie tylko bramki na Euro, ale teraz także wie, jak smakuje trafienie na najważniejszej imprezie globu. Amerykanie w drugiej połowie siedli i nie mieli już nic z gry. Zasłużony remis. Pierwsza połowa ze wskazaniem na Jankesów, a druga na Walijczyków. Faworytem numer jeden w tej grupie są Anglicy, ale nie wyjaśniła się sytuacja, kto jest bliżej awansu z drugiego miejsca.

TOP – Gareth Bale. To jednak on, jako lider, pociągnął swój zespół do odrabiania strat. Najpierw zastawił się tak, że wywalczył rzut karny, a później skutecznie go wykorzystał. Dobra była też zmiana, jaką dał Kiefer Moore, bo dzięki niemu trochę się to z przodu ożywiło, ale jednak on zmarnował swoją okazję w 65. minucie.

FLOP – Walker Zimmermann. Rywal tyłem do bramki, niegroźna sytuacja w polu karnym, Bale przecież nie mógłby z tego uderzyć, a Zimmermann wchodzi bezmyślnie ostrym wślizgiem i kosi. Po co? Dlaczego? Facet wyróżniał się tym, że najczęściej miał piłkę i najwięcej razy ją wybijał. Grał poprawnie aż do momentu, gdy odcięło mu prąd. Ta „podpałka” kosztowała Amerykanów trzy punkty, bo Walijczycy choć dominowali, to dobre okazje mieli głównie po stałych fragmentach gry.